Luźne przemyślenia na temat… Supernatural S12E01 i 02

Disclaimer:
Tak, jestem fanatyczną fangirl Supernaturala. Tak, obiektywnie zgodzę się, że serial najlepsze dni ma za sobą i w pewnym sensie to, co dzieje się po sezonie 5 momentami przypomina fanfik, który wyrwał się spod kontroli. Nie przeszkadza mi to nic a nic w kochaniu, hołubieniu i rzucaniu się z wysuniętymi pazurami na każdego, kto obraża moje kochanie.

Yes, this post will be full of spoilers. Feel warned!

And one more thing: I ship Destiel*. W typowych okolicznościach przyrody nikomu nie narzucam się z moim shipem i nigdy bym o nim nie wspominała w poważnej recenzji. Ale że są to luźne przymeślenia, na moim prywatnym blogu, na którego nikt poza mną i najbliższymi, którzy aż zanadto zdają sobie sprawę z mojej obsesji, nie zagląda, nie zamierzam się powstrzymywać.
End of Disclaimer.

- muszę przyznać, że nigdy nie lubiłam postaci Mary. Poczynając od wszelkich flashbacków do Mary-housewife z 1983 i jej późniejszych wystąpień (czy to w dżin-induced śnie Deana, w halucynacjach Sama, etc.). Na chwilę pojawiła się iskierka sympatii gdy w 04×03 (In the Beginning) poznaliśmy młodą Mary, ale bardzo szybko sympatia przerodziła się w irytację. Don’t get me wrong, ciężko mi zarzucić jej postaci coś obiektywnie konkretnego. To nielubienie jest bardzo subiektywne i w sumie nie bardzo intensywne (w przeciwieństwie do hejtu, którym darzyłam Amarę). But it’s not a surprise that I was not thrilled when Amara brought her back (wiedziałam, że nic dobrego nie wyniknie ze szperania Amary po bunkrze). Miałam wizję taniego sentymentalizmu , galopującego matkowania i family drama. Na szczęście na razie we have none of the above (ponieważ trzeba było ratować Sama?). Ewidentnie twórcy próbują nas trochę przekonać, że Mary jest cool (powalenie Deana, zabicie jednej Brytyjki i rozbrojenie drugiej, miłość do Impali). Z drugiej strony jest też zagubiona w nowej technologicznej rzeczywistości (Let’s call the internet xD - comic relief na miarę wczesnego Castiela). W ogóle wszyscy wydają się być zagubieni. Ale właśnie nie do końca. I to jest trochę mój zarzut. Mary WSZYSTKO przyjmuje ze stoickim wręcz spokojem: fakt, że była martwa przez 33 lata, to że wskrzesiła ją SIOSTRA Boga, że jej synowie są hunterami, że Sam aktualnie jest porwany, etc. Ja rozumiem, że Mary wychowywała się w rodzinie hunterów i wiele rzeczy może jej nie dziwić, na wiele może być uodporniona, ale serio? I to w serialu, który wręcz słynie z rozwlekłych emocjonalnych i emocjonujących scen między członkami rodziny. Już wzruszenie chłopców wypada ciut lepiej.
W moim idealnym świecie po okresie catching upu, drogi chłopców i mamusi rozeszłyby się (no bo, na Chucka, kto to widział, żeby dorośli, samodzielni mężczyźni żyli z mamusią (nawet taką odzyskaną)) i Mary pozostałaby recurring guest character. Niestety, znając twórcy w końcu dostaniemy mieszankę confusion, lies, deception, accusations & general family drama. So let’s just get ready for this.

- Men of Letters, London Chapter. I’m just not yet sure what to think about that. Z jednej strony odczuwam ulgę, że nie dostaliśmy kolejnego Allmighty Evil That’s More Powerfull Than Any Other Evil. No bo, seriously, jeśli Big Bad w poprzednim sezonie była siostra boga, to jak to przebić and not be ridiculous? Z drugiej strony to zawsze budzi wątpliwości, kiedy nagle pojawią się nie-wiadomo-skąd ludzie wtajemniczeni i okazuje się, że istnieje cała wielka część naszej „organizacji”, z której istnienie nie zdawaliśmy sobie sprawy. Możemy sobie to jedynie tłumaczyć tym, że Stany i Wielka Brytania to bardzo od siebie oddalone, bardzo autonomiczne kraje i być może wcześniej faktycznie nie było potrzeby integracji. Z drugiej strony Londyn wie o „nas” wszystko, a „my” o nich nic – przypadek?
Oczywiście obawiam się też, jak zmiana przeciwnika na ludzkiego wpłynie na serial. Powiedziałabym, że przecież nie będziemy zabijać niewygodnych ludzi, ale już mieliśmy 12×01 i, nie oszukujmy się, Lady Toni i jej poplecznicy nie prezentują bardzo ludzkich zachowań. Pocieszam się też myślą, że mieliśmy już w supernaturalnym serialu cały sezon poświęcony walce ze sobą i z innymi ludźmi – BtVS season 6 był najlepszym ze wszystkich siedmiu, możę SPN też sprosta.

- I just have to:


The Hug. Mina Mary! *piiiiiiiisk!!!!*

- Czy Mary nie pamięta zaświatów? Do tej pory wskrzeszani pamiętali (często dość obrazowo) swój czas poza Ziemią.

- Cudowne metody perswazji – „Jesteśmy waszymi sprzymierzeńcami, chcemy Wam pomóc, będziemy Cię boleśnie torturować, żeby to udowodnić”.

- Że Sam nie wykorzystał swojej szansy na ucieczkę? Jasne, był torturowany i znarkotyzowany but still – he’s a frakkin’ Winchester – nie takie rzeczy ze szwagrem bratem…

- „Check Real Estate Offices. They have a plane. Maybe they do thing the legit way.” xD

- Ja rozumiem, że trzeba pokazać, że Mary jest hunterką i umie skopać dupę, ale seriously? – two episodes in a row ratuje tyłki chłopcom?! Do tej pory jakoś nie byli takimi pierdołami.

- Lady Toni bardzo szybko wspina się po mojej osobistej hierarchii irytujących postaci. Może i ma ciekawy background, niezłe skille i attitude. Ale zamiast mnie intrygować jako silna postać kobieca, która nie jest love interest dla Winchesterów, tylko mnie wkurza swoim…hmm… fanatyzmem – to słowo chyba najbardziej pasuje. Tym bardziej cieszę się, że wątek wiezienia Sama przez nią skończył się w drugim odcinku. Mick jako przeciwnik wydaje się być ciekawszą postacią. Na pewno mniej emocjonalną (Lady Toni może i próbowała prezentować cold bitch face, ale było widać, że nie podchodzi do sprawy zimno, racjonalnie i bez emocjonalnie). Wprawdzie przykrywka miłego gościa, który wypuszcza więźniów, przeprasza i namawia pokojowo do współpracy, nie kupiła mnie nawet na sekundę, ale propsy za effort.

- smutkuję, bo, moim zdaniem, gdyby realizacja londyńskiego planu przebiegła zgodnie z pierwotnym (wg Micka) zamysłem – to znaczy: najpierw londyński emisariusz zbliżyłby się do chłopców, a dopiero po uzyskaniu informacji i zaskarbieniu sobie sympatii braci i widzów, wbił im nóż w plecy, byłoby… ciekawiej. Byłby twist, a twisty są fajne. A raczej nie wątpię, że Winchesterzy skontaktowani przez osobę, która twierdzi, że należy do MoL i ma dla nich cenne informacje, byliby zainteresowani pokojowym spotkaniem. A jakby jeszcze usłyszeli to, co Lady Toni mówiła o Wielkiej Brytanii – że jest obwardowana i nie ma tam potworów? Nie twierdzę, że faktyczna linia fabularna jest zła – tylko trochę brakuje mi elementu zaciekawienia widza (ale pewnie jest mnóstwo zaintrygowanych osób, które moje narzekania mogą uznać za wydumane). I blame need of cliffhanger at the end of last season.

Lucy! There’s something different about you. Is that a new body?

- Kiedy Amara wyrzuciła Lucka z Castiela przeżyliśmy chwilę grozy. Szczęśliwie zostaliśmy szybko uspokojeni, że Lucy żyje, tylko nie wiadomo, gdzie jest. Wszyscy wiedzieliśmy, że jeśli twórcy nie zdecydują się rzeczywiście wysłać Lucka do L.A., żeby rozwiązywał zagadki kryminalne**, będzie mu potrzebne nowe naczynie. Wiadomość, że w Lucyfera w season 12 wcieli się australijski muzyk, Rick Springfield, została opublikowana bodajże w lipcu, wzbudzając wśród fanów wiele kontrowersji. Le moi, zalicza się do grupy, która zareagowała pozytywnie. Don’t get me wrong, I LOVE Pellegrino’s Lucifer – I do! Ale jego obecność w season 11 zawdzięczamy tylko krótkiemu tripowi do klatki, gdzie, jak podejrzewam, Lucek mógł przybrać dowolną formę (ciało Nicka nigdy nie trafiło do klatki). Resztę sezonu mieliśmy Cassifera, który, yes, was brilliant, but we want our Cass back! A pomysł, żeby Lucek „opętał” gwiazdę rocka (graną przez gwiazdę rocka) – awesome, I couldn’t wait! Niestety, na razie rzeczywistość troszkę się rozmija z moim (wygórowanymi, niestety) oczekiwaniami. Lucek Ricka wydaje mi się na razie zbyt… ugładzony, za mało temperamenty. Ale nie skreślam go jeszcze – the looks are amazing, I’m just hoping The Attitude will catch up ASAP.

- żarty z L.A. detective żartami, ale jaka jest agenda Lucka? Czy naprawdę chce osiąść na tronie w piekle i dowodzić demonami? Prawdę mówiąc po tym, jak last season rozwiązali swoje issues z Chuckiem, miałam nadzieję, że w tym sezonie Lucek znajdzie sobie jakieś bardziej kreatywne zajęcie.

Let’s face it: Crowley, you’re amazing, yet this is the frakkin’ Arch-Angel of The Lord you’re facing. You’re in over your head. Deal with it and move on!

- Crowley, seriously?! Walka o władze z Lucyferem, again?! To nie było ciekawe nawet za pierwszym razem. Zdaje się, że Ex-King of Hell miał odzyskać trochę respektu swoich poddanych po dowodzeniu szarżą na Amarę? Apparently not. Ale wciąganie go i Lucka w przepychankę o tron to marnowanie potencjału dwóch zajebistych postaci (no chyba, że w tym sezonie twórcy wysilą się na coś więcej niż Doggy-Crowley). A nawet trzech, jeśli dołożymy do tego Rowenę w piekielnej niewoli. Serio, o wiele chętniej poobserwowałbym jak moja rudowłosa próbuje (and fails) ułożyć sobie normalne (Yeah, right) życie niż marnuje w celi. Tennis club, bogaty Ben, którego wystarczy przeżyć – could be fun, fun, fun.

 

* If there is someone who still doesn’t know about ship & slash – you haven’t been watching this show too carefully, have you?

** uroczy ukłon w stronę „Lucifer” Toma Kapinosa. BTW, serial przetrwał „1st seasons’ trials” i od września możemy oglądać season 2 – zaczynam się skłaniać ku nadrabianiu.

Posted in Seriale | Tagged , , , , , , , , , , | Leave a comment

(Anty)szkoła uwodzenia.

Jak już kiedyś wspominałam, moja miłość do polskiej kinematografii jest wielka, nieśmiertelna i ślepa. Jednak, jak się dziś okazało, nawet ona ma swoje granice – tego, co się działo na ekranie przez 96 min „Szkoły uwodzenia Czesława M.” nie zdzierżyła.

Dawno nie siedziałam na filmie z takim poczuciem „CO JA PACZE?”. A widziałam w tym roku, ba! półroczu, takie cuda jak „The Mechanic” (nadal bardzo przeżywam rozczarowanie, apparently), „Kobiety bez wstydu”, „Kochaj!” (które dla mnie basically jest Tym Filmem W Którym Gąsiorowska Jest Cały Czas Pijana) i, the worst of bad (a przynajmniej tak wtedy myślałam), „7 krasnoludków i Królewna Śnieżka – Nowe Przygody”. Ja generalnie dużo filmów powszechnie uważanych za złe oglądam i, jako widz wiele wybaczający (już wspominałam), zazwyczaj nie znajduje ich tak złymi jak większość. Dużą sympatią darzę powszechnie wyszydzany przez „szanującego się, yntelięntnego widza” gatunek: polskie rom-comy – uważam, że większość jest dość pocieszna i spełnia swoją funkcję rozbawienia, a czasem nawet rozczulenia widza. Może poczucie humoru ani gra aktorska nie jest w nich najwyższych lotów, ale daleko im do tego, co zaserwowano nam w Szkole Uwodzenia Czesława M. Reszta sali chyba wyjątkowo zgadzała się z moją opinią (państwo koło mnie intensywnie przez 3/4 filmu rozważali opuszczenie sali kinowej), a nawet mogła mieć gorszą, gdyż moje rzadkie chichoty łzy były jednymi z niewielu słyszalnych.

Wybierając film kierowałam się 2 bardzo prostymi czynnikami: godziną rozpoczęcia (zaraz po moich laborkach, ale tak żebym zdążyła zjeść kolację) oraz czasem trwania (celując bardziej w półtorej godziny, a nie ponad dwie, bo potem byłam umówiona). O filmie nie wiedziałam absolutnie nic poza tym, że main male star to Czesław Mozil, piosenkarz którego swojego czasu polubiłam przez znajomych, którzy nader wdzięcznie śpiewali piosenki z jego repertuaru (hasztag: wstydliwewyznania, hasztag: guiltypleasures). Pomyślałam sobie: „Why not. How bad can it get?”. Stupid, stupid me*

Opis dystrybutora głosi, co następuje:
„”Szkoła uwodzenia Czesława M.” to historia popularnego muzyka, który niespodziewanie porzuca życie warszawskiego celebryty. Czesław M. przypadkiem trafia do Świnoujścia. Poznaje Adama i Zygmunta, byłych stoczniowców, którzy próbują rozkręcić własny biznes. Wspólnie wymyślają plan pozornie doskonały: postanawiają otworzyć pierwszą na Wybrzeżu szkołę uwodzenia dla mężczyzn. Czy dzięki niej w końcu osiągną wymarzony sukces?”

Czasem się zastanawiam czy te opisy piszą osoby, które kiedykolwiek oglądały film czy tylko słyszały jego streszczenie od twórców. To nie jest tak, że jest zupełnie błędny, jednak jestem w stanie wytknąć przynajmniej 3 mniejsze lub większe nieścisłości. Anyway, film faktycznie opowiada głównie historię Czesława. Jest stylizowany na dokument fabularyzowany: sceny, w których znajomi i współpracownicy Czesława wypowiadają się o jego życiu, o wydarzeniach, które doprowadziły do jego zniknięcia ze sceny, życia na ulicy i tym, co potem, przeplatają się z flashbackami z życia Czesława oraz z najbardziej współczesną linią fabularną, czyli tą dziejąca się w Świnoujściu. Nad morzem właśnie zamykają stocznię, miejsce zatrudnienia Adama i Zygmunta. Zdesperowani, spłukani panowie postanawiają otworzyć interes życia: szkołę uwodzenia (when I look at them I don’t even…). Niestety początki nie wyglądają tak różowo jak to sobie wymarzyli, a że hajs musi się zgadzać, pod naciskiem lokalnej płci pięknej ściągają do pomocy Czesława, który niejako wisi im przysługę.

Tych dwóch panów postanowiło założyć szkołę uwodzenia.

Jak to często bywa w takich przypadkach opis nie brzmi tak źle, ale egzekucja fabuły wszystko kładzie. Ja wiem,że to jest pierwszy film Mozila i, o dziwo, wcale nie chcę się przyczepić do jego gry (chociaż opiera się w dużej mierze na robieniu dużych przestraszonych oczu lub robienia miny zganionego psa), ale do ogólnej kreacji bohatera. Filmowy Czesław jest dość żenujący. Patrząc na niego nie bardzo rozumiem, jak w ogóle udało mu się zrobić jakąkolwiek karierę. Ja wiem, że film mówi o tym, że piosenkarz ma kryzys nerwowy, opowiada o tym, jak kariera się skończyła, ale naprawdę uważam, że w miejsce** Kolejnej Sceny W Której Czesław Tak Bardzo Sobie Nie Radzi Ze Wszystkim, przydałoby się wstawić flashback z czasów sukcesów, żebyśmy uwierzyli, że patrzymy na gwiazdę. Co jest o tyle istotne, że potem usilnie w nas niesamowitość Czesława wmawiają. Głownie ustami zachwyconych nim kobiet, co we mnie rodziło chęć walenia głową w krzesło przede mną, bo bo zaprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak miałabym na Czesia polecieć (a wierzcie mi – wyobraźnię mam bujną). O pozostałych bohaterach niewiele da się powiedzieć, bo ich główne cechy składają się z klisz, a reszty charakterów nie widać zza płytkości scenariusza. Mamy więc młodego, ambitnego, przedsiębiorczego ale niezwykle pechowego Adama, jego starszego, odpowiedzialnego, niechcącego mieć nic wspólnego z ryzykanckimi biznesami, ale ostatecznie zawsze mu pomagającego przyjaciela Zygmunta (wraz z żoną), surową, ale o złotym sercu szefową stoczni (byłą Adama), milczącego ale wzbudzającego sympatię pierwszego klienta szkoły Marka, alkoholika który znalazł się tam przez przypadek, który odmieni jego życie na lepsze oraz asystentkę, które zachowuje się, jakby znalazła się tam za karę, ale ostatecznie też się zaangażuje. W zasadzie tyle postaci zapamiętałam, a jestem świeżo po seansie i to nie jest tak, że brakowało ciał na ekranie. Wręcz przeciwnie – mamy kompletnie niewykorzystany potencjał pełnej klasy kursu uwodzenia – członkowie tej klasy i w ogóle sytuacja stoczniowców nasuwa mi nie odparte skojarzenia z The Full Monty; przez mikrosekundę miałam nadzieję na podobny klimat – byłoby fajnie. Do tego braku charakterności w wielu miejscach dochodzi wyjątkowo drewniane aktorstwo – takie, którego można się spodziewać na szkolnej gali, ale nie w filmie kinowym. Sama fabuła też się nie klei. Nie chodzi nawet o to, że jest przewidywalna, ale o to, że mamy do czynienia raczej ze sklejką scen, niż ciągłą fabułą (widziałam już filmy, gdzie taka formuła się sprawdza. Tu nie.). Obwiniam za to formę. Film jest krótki – 96 minut – a próbuje upchnąć strasznie dużo: tu fragment wywiadu, tam flashback, a tu trzeba pokazać bieżącą akcję. Too much, too fast, too shallow. nie twierdzę, że gdyby film wydłużyć albo zapewnić ciągłość głównej linii fabularnej byłby na pewno lepszy, ale byłaby na to spora szansa. Może twórcy zwolniliby tempo, nie stroboskopowaliby nas scenami, tylko dali chwilkę oddechu, to byłby czas na rozwój postaci oraz akcji wynikający z pokazanych faktów a nie imperatywu scenariuszowego.

Mina Czesława. Możemy ją podziwiać przez 80% filmu

To nie jest tak, że nie jestem w stanie zupełnie doszukać się czegoś dobrego w filmie – jak wspominałam: kilka razy zdarzyło mi się zaśmiać (nawet jeśli przez łzy wywołane facepalmowym bólem).
In plus:
– dystans, jaki podejrzewam, że ma do siebie Mozil, skoro zdecydował się takie przedstawienie swojej osoby na ekranie
– gra Jakuba Kamieńskiego. Przez pół filmu zastanawiałam się, skąd ja typa kojarzę, bo wiedziałam, że znam tę twarz, ale skąd, na wszystkich bogów ekranu?!***
– scena, w której celebryci opowiadają o przygarnianiu Czesława (przy wypowiedzi Nergala autentycznie kwiczałam)
– kilka randomowych dialogów i mikro, których nie idzie powtórzyć, bo nie były aż tak dobre, ale faktycznie śmieszyły

In minus:
– drewniana gra aktorska większości
– format (zarówna w/w mozaika scen jak i w większości irytowała mnie paradokumentalna część wywiadowa****)
– wątek z rakiem mózgu
– scena po imprezie w solarium i podejrzenia/reakcja Żony
– końcowe rozwiązanie problemu Marka
(do tych ostatnich się przyczepiam, bo nie jestem pewna czy można je pozytywnie interpretować. Wydają mi się strasznie prześmiewcze, a ja nie lubię wyśmiewania się z tematyki LGBTQ. Może jestem przewrażliwiona – sue me.)

Overall filmu nie polecam. Chyba że w domu. Z zapasem rozluźniającego trunku. Z dobrze sprawdzonym gronem znajomych, tworząc Lożę Szyderców. Wtedy może będzie znośnie.
Dla mnie najbardziej pozytywną częścią seansu był trailer Doctora Strange’a (jeszcze tylko 4 dni!!!!).

* Let’s get real: i tak bym na niego poszła. Będąc szczęśliwą posiadaczką karty Cinema City Unlimited chodzę NA WSZYSTKO (tzn. wszystko z wyłączeniem gatunków, których z zasady unikam)
** albo nawet nie zamiast -dodać. Wydłużenie tego filmu o 5 minut naprawdę nie wyrządziłoby mu szkody, a może nawet by co nieco naprawiło.
*** w końcu sprawdziłam – migał mi na ekranie kilka lat temu, kiedy regularnie odwiedzałam babcię, która miała włączoną w tle „Pierwszą miłość”. Memory works in a mysterious way.
**** jak oni w ogóle namówili tych wszystkich ludzi, z których większość szanuję, żeby się pojawili i wygadywali te głupoty przed kamerą?!

Posted in Filmy | Tagged , , , | Leave a comment

Mechanik: prawo zemsty. Na widzach. Za nie wiem jakie grzechy.

Podejrzewam, że każdy widz (niekoniecznie extreme movie geek) ma takie nazwisko, które przyciągnie go do filmu niezależnie od tego jak źle by się nie zapowiadał. Jeśli chodzi o aktorów dla mnie w ścisłej czołówce znajduje się Jason Statham. Od czasu jego występu w „Crank” ubóstwiam pana i z nieprzyzwoitym ślinotokiem nadrabiam produkcje z jego udziałem. Wczoraj padło na „The Mechanic” z 2011. Akurat w kinach grają jeszcze sequel, więc uznałam, że wypada się zapoznać z częścią pierwszą przed seansem. I powiem Wam, że dawno nie miałam takiego problemu, żeby przebrnąć do końca przez, teoretycznie proste w odbiorze, kino akcji. Nawet Boski Jason nie uratował tego filmu, a w moich ustach to o czymś świadczy.

Lojalnie uprzedzam there will be spoilers. Massive spoilers.

„Arthur Bishop (Jason Statham) jest wysoce wykwalifikowanym „mechanikiem” – specem od mokrej roboty, perfekcyjnie eliminującym wyznaczone cele. Należy do elity zabójców – ma wyjątkowe umiejętności oraz żelazne zasady. Kiedy zamordowany zostaje jego mentor Harry (Donald Sutherland), Arthur sam sobie wyznacza kolejne zlecenie. Odpowiedzialni za śmierć przyjaciela muszą zginąć. Niespodziewanie zyskuje on partnera w osobie syna Harry’ego, Steve’a (Ben Foster). Chłopak pragnie zemsty, chce też, aby Arthur nauczył go zawodu. Opanowany, zimny zabójca i jego impulsywny niedoświadczony uczeń – nie wróży to łatwej i efektywnej współpracy.”

Opis ten, moim zdaniem, wymaga sporo sprostowań. But first things first…

Film jest remakiem „The Mechanic” z 1972 roku. Tytułowego mechanika grał w nim wtedy Charles Bronson, reżyserował Michael Winner. Nie widziałam pierwowzoru (i powiem szczerze, że po remake’u nie bardzo mam na to ochotę nawet w celu analizy porównawczej), więc nie jestem w stanie powiedzieć czy był lepszy.

Kim jest mechanik (bo przecież nie naprawiaczem samochodów) wyjaśniać nie muszę – myślę powyższe streszczenie powiedziało na ten temat wystarczająco.
No więc nasz film zaczyna się naprawdę fajnie (pierwsze 20 minut nie zwiastuje katastrofy, która nastąpiła później): mamy rezydencję jednego z szefów kolumbijskiego kartelu i możemy podziwiać perfekcyjną akcję tytułowego mechanika, którego pierwszym ekranowym zadaniem było wyeliminowanie Kolumbijczyka tak, żeby wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek. Akcja zakończona sukcesem – można odebrać hajs. Zlecenie opłaca szef, wieloletni przyjaciel i, jak się później dowiadujemy, mentor Bishopa – poruszający się na wózku inwalidzkim Harry McKenna (dobry Donald Sutherland*). Panowie sobie rozmawiają, Harry ma problemy z synem, zwierza się Arthurowi, gdzieś w międzyczasie hajs się zgadza i lecimy dalej.

Arthur w swoim domku na odludziu wchodzi na specjalnie zaszyfrowaną stronę, skąd bierze zlecenia (przynajmniej wtedy, gdy mu ich nie dostarczają w dużych żółtych papierowych kopertach) i widzi, że nowe zlecenie wystawiono na… *le gasp* Harry’ego.

Zaskoczony (i pragnę podkreślić, że zaskoczenie, i to lekkie, to najsilniejsza emocja, jaką jestem w stanie Bishopowi przypisać) dzwoni do swojego drugiego szefa – Deana(Tony Goldwyn). Tak, Arthur pracuje dla tajemniczej firmy. Tajemniczej, gdyż nie wiadomo, czym tak naprawdę się zajmuje, poza zlecaniem morderstw; wiemy tylko tyle, że cokolwiek by to nie było, jest mega dochodowe, bo stać firmę na płacenie kroci mechanikom – background story my ass. Dean spotyka się z Arthurem i tłumaczy mu, że Harry zdradził firmę i przez niego zginął pięcioosobowy team w trakcie misji, a jednego z członków tego teamu to nawet Arthur znał osobiście, więc pewnie powinien się przejąć (Athur nie wyglądał na specjalnie przejętego). Do tego Dean dodaje, że jeśli Arthur się nie zdecyduje na wykonanie zadania, to no problem – przecież jest dużo innych mechaników, ale wolałby, żeby jednak Arthur to zrobił, bo zacieśnione prywatne więzy z targetem dadzą mu odpowiedni insight i pozwolą szybciej i skuteczniej obejść ścisłą ochronę (dwóch pokazanych wcześniej niezbyt rozgarniętych byczków w garniturach).

*Cut scene* – nie wiemy, jaką decyzję podjął Bishop (chcą nas wziąć z zaskoczenia!)

Moving on.
Mamy bardzo ładny montaż akcji, który pozwala nam mieć nadzieję (która jakże szybko umrze, bynajmniej nie jako ostatnia w tym filmie), że będziemy mieć do czynienia z kinem na poziomie. Bishop dzwoni do Harry’ego, uprzedza go, że ludzie Deana idą po niego i nawiguje jego ucieczkę z budynku. Mamy między innymi całkiem fajną scenę z Sutherlandem, który używając głównie mięśni ramion opuszcza się na wózku po schodach. Mamy emocje. Will he escape or will he not?
He did. Harry dociera do niemonitorowanego parkingu podziemnego w budynku obok tylko po to, żeby znaleźć swój samochód z wyciągniętymi kablami zapłonowymi i rozwaloną szybą od strony kierowcy. Mówi o tym Bishopowi przez telefon, a ten… *le gasp*… mówi, że tak, wie o tym, po czym wychodzi zza rogu. Widzowie zapewne mieli się poczuć zaskoczeni czy coś… well not really. Ale może będzie lepiej? (Nie jest.)
Harry chwali Bishopa za to, że tak ładnie go namówił do porzucenia własnej ochrony, za inscenizację postrzału przy próbie kradzieży samochodu, po czym wyjmuje pistolet. Taki charakterystyczny z ładną białą rękojeścią i wygrawerowaną inskrypcją – you know: one of a kind. Myślimy sobie: będzie się bronić, będzie jakaś walka, kolejna scena akcji. Nope. Not at all. Harry „dopieszcza” inscenizację tak, żeby wyglądało, że nie zginął bez walki i oddaje broń Bishopowi. „Czemu mnie nie zastrzeliłeś?” – pyta ten. „Firma i tak wysłałaby więcej ludzi, a tak wolę, żebyś to był ty. To ty będziesz musiał z tym żyć”. Nice. Po takim stwierdzeniu mogliśmy mieć piękną scenę wahania. Jako widzowie emocjonowalibyśmy się – will he/won’t he? Może go oszczędzi i będzie the two of them against the world (tak, klisza, ale z Jasonem i Donaldem mogłaby wyjść bardzo udana klisza)? Nope. Nothing like that. Jeb, boom, pizd, chestshot, trup. Like without a blink, whitout any emotions. And how are we supposed to believe they were EVER friends? That they even knew each other?! Good work, Mr.Bishop, I hope the reward was reaaaally big.
Z drugiej strony opis dystrybutora nie pozostawiał w nas wątpliwości co do szans na przeżycie McKenny. Shit happens, movie characters die. Ale…, ALE! Wróćmy do naszego opisu z początku.
„Kiedy zamordowany zostaje jego mentor Harry (Donald Sutherland),” – raczej „po zamordowaniu swojego mentora”!
„Arthur sam sobie wyznacza kolejne zlecenie. Odpowiedzialni za śmierć przyjaciela muszą zginąć.” – AWESOME! Nic prostszego – powinniśmy mieć teraz scenę jak w ramach wymierzania odpowiedzialności Arthur strzela sobie w łeb, a my nie musimy oglądać tego, co w rzeczywistości nastąpiło po morderstwie.
No bo czy opis nie zwiastuje nam, co następuje:
„Niespodziewanie zyskuje on partnera w osobie syna Harry’ego, Steve’a (Ben Foster). Chłopak pragnie zemsty, chce też, aby Arthur nauczył go zawodu. Opanowany, zimny zabójca i jego impulsywny niedoświadczony uczeń – nie wróży to łatwej i efektywnej współpracy.”?
Well, let’s the bullshit begins.

Okazuje się, że firma mega dochody przynosi każdemu, ale nie śp. Harry’emu. Jego syn Steve musi sprzedać dom, samochód i w ogóle wszystko. Smuteczek. Bishop i Steve rozmawiają w domu rodzinnym tego drugiego. Steve w zasadzie jest bardziej wściekły niż smutny, że zastrzelili mu ojca. It’s almost believable, biorąc pod uwagę, że przecież w ogóle nie byli blisko, a to Arthura Harry traktował jak syna (podobno). Arthur jest jak zawsze zimny i wyrachowany, ale bierze na pamiątkę zdjęcie „przyjaciela” (quotation marks intended, ale w sumie czy podejrzane by nie było, gdyby nie wziął?). Nabuzowany Steve, (anger management issues?) przekonany inscenizacją, że za śmierć ojca odpowiedzialny jest jakiś randomowy złodziej samochodów, przygotowuje zasadzkę. Jedzie wypasionym autkiem, którego jeszcze nie zdążył sprzedać, do shady neighbourhood i czeka. Surprise, surprise: ktoś go próbuje okraść. Steve w imię zemsty wymierzonej w randomowym kierunku dokonuje brutalnego (again: anger management issues?) pobicia, a kiedy wyciąga broń, żeby pechowego złodziejaszka zastrzelić, bohatersko wkracza Arthur, który od dłuższego czasu czaił się w pobliżu i obserwował (Yes! Rychło w czas, go hero! A tak w ogóle to WHY DO YOU EVEN CARE? SRSLY!). Powstrzymuje Steve’a jakimś blabtalkiem, że nie zabija się, kiedy motyw jest tak jawny (jasne, bo w podejrzanych dzielnicach podrzędni złodziejaszkowie nigdy nie giną w strzelaninach) i wysyła go domu. Dalej nie przejawia najmniejszych wyrzutów sumienia względem zabicia Harry’ego.
Spotykają się ponownie na mieście. Steve, o którego wcześniejszej karierze zawodowej wiemy tyle, że został zwolniony jako ochroniarz za pobicie kogoś (nie pamiętam kogo, but again with anger management issues) prawie na śmierć, chce zostać mechanikiem, bo przecież wie, że Bishop nim jest i że Harry go mentorował (nie to, że zazwyczaj robi się takie rzeczy dyskretnie, nie to że sam Bishop słynie z bycia niewidzialnym na miejscu zdarzenia). A Bishop, zamiast przyprzeć go do najbliższej ściany, kazać spieprzać w podskokach i ogarnąć swoje marne życie, zgadza się. Just like that. What. The. Fuck?! Nie ma żadnego, null, nada, fabularnego uzasadnienia tej zgody. To nie jest tak, że Bishop jest głęboko pogrążony w wyrzutach sumienia i czuje się w moralnym (khem) obowiązku zaopiekować się synem przyjaciela. To nie jest tak, że kiedykolwiek był ze Stevem blisko, że go lubi. To nie jest tak, że jest samotny i potrzebuje przyjaciela. To jedynie głupi, pieprzony imperatyw fabularny, potrzebny żeby zły scenariusz pociągnąć ku gorszemu.

Więc mamy klasyczny montaż treningowy w słabym wydaniu. Film jest krótki (92 min – co jest jedną z jego nielicznych zalet), więc nie ma miejsca na rozwój postaci i relacji pomiędzy nimi. A szkoda – Ben Foster całkiem ładnie się obok Stathama prezentuje, jest tam potencjał (niewielki, bo niewielki, ale jest) na bromance między postaciami – potencjał zupełnie zmarnowany, bo przecież Arthur jest cyborgiem bez uczuć.

Takiego Bishopa oglądamy przez 90% filmu. Does he look like he cares?


„What I do requires a certain mindset. I do assignments; designated targets. Some jobs need to look like accidents. Others must cast suspicion on someone else. A select few need to send a clear message. Pulling a trigger is easy. The best jobs are the ones nobody even knows you were there.”
- opowiada o swojej pracy Arthur. I przygotowuje Steve’a do pierwszego zlecenia.
Był w tym zleceniu spory potencjał humorystyczny (oczywiście niewykorzystany). „Targetował” bowiem bykowaty „mechanik” innej firmy. Na codzień bezwzględny, zimny, skuteczny morderca; prywatnie miłośnik słodkich małych piesków i wiotkich młodzieńców. Nasz Steve, jako ten prawie że wiotki młodzieniec, ma się nienatrętnie zakręcić wokół targetu, dać się zaprosić na drinka do klubu i tam dyskretnie(!) dosypać mu do napoju dawkę roofies, która mogłaby powalić słonia. „Clean job!” – powtarza Arthur Steve’owi. „Tylko nie zostań z nim sam na sam.” – ostrzega.
Co robi nasz wannabe skrytobójca? Olewa rady swojego mentora, pomimo idealnej okazji olewa akcję z drinkiem i wraca z targetem do domu tego drugiego. Gdzie próbuje go z zaskoczenia udusić jego własnym paskiem (bo wcześniej, na innym targecie taką akcję wykonał Bishop. Co prawda Bishop jest od Steve’a 2 razy bardziej umięśniony i pierdylion razy bardziej doświadczony, a jego target był bezbronnym chłystkiem a nie olbrzymim mordercą, ale to imponderabilia, prawda?).

Tak wygląda dwóch zawodowych zabójców w kawiarni (Steve i jego pierwszy cel).

Po brutalnej walce udaje się Steve’owi zadźgać cel. Wielokrotnie (definitely anger management issues!). Niby mission accomplished miał być trup sztuka jedna – jest trup sztuka jedna, ale jakoś niesmak pozostał. No i skoro my, widz-kot, czujemy niesmak, to Bishop pewnie też nie będzie zachwycony. Nie spodziewamy się karczemnej awantury, bo jak zauważyliśmy Bishop ma temperament godny zdechłej ameby, ale jakiś lecture? W zasadzie nasz bohater powinien stwierdzić, że ten jego podopieczny to taki mechanik jak z koziej dupy waltornia i odprawić nieszczęśnika w siną dal. Tymczasem? Wielokrotnie już powtarzane w tej notce: null, nada, nic. Podaje juniorowi ręcznik, żeby ten się z krwi wytarł. I gdzie te lata zimnego profesjonalizmu, ja się pytam?!

Następnym targetem jest samozwańczy guru jakieś sekty. Strasznie kliszowa postać: ciut obleśny grubas, który młode niewiasty doprowadza do religijnego oświecenia (*hint hint**wink wink*) a czas wolny spędza pod kroplówką wchłaniając radosne substancje inspirujące duchowość. Z bliżej niewyjaśnionych przyczyn tym razem Bishop uznaje, że powinni wykonać to zlecenie razem. Rozumiecie – zlecenie wymagające dyskrecji, przekradania się wąskimi szybami wentylacyjnymi. We dwóch. Because WHY NOT. I tu, oczywiście, nie może obejść się bez fakapu – zanim zdążą się ewakuować, Steve upuszcza metalową śrubką, która zdradza ich kryjówkę, więc zamiast dyskretnego odwrotu mamy strzelaninę. Kolega pomocny taki, dba, żeby nie było nudno na robocie.

Szczęśliwie 2/3 filmu za nami. Ponieważ guru był osobą publiczną, miał ochronę i wszystko, nasi bohaterowie są ciut ścigani. Muszą się rozdzielić, bo przecież główną ich cechą charakterystyczną, po której ich rozpoznaje pościg, jest fakt, że jest ich dwóch. Mają się spotkać na lotnisku (albo dworcu, nevermind). I tam następuje punkt zwrotny filmu. Bishop dociera na miejsce pierwszy. Rozgląda się po hali. I, cóż to za zrządzenie losu, dostrzega wśród opuszczających przybytek pasażerów, szefa grupy z misji rzekomo zasabotowanej przez McKennę seniora, tego szefa, który nie żyje (*le gasp*). Bishop śledzi pana (nie pomnę jak się nazywał) do autobusu, gdzie następuje konfrontacja. Pan radośnie i bez żadnych oporów opowiada Arthurowi, że Dean go najął do kill’em all, upozorowania własnej śmierci i zwalenia winy na Henry’ego, którego należało bezzwłocznie usunąć. To zawsze spoko jak Bad Guy tak grzecznie kooperuje. Potem można go sprawnie zabić w podzięce za te zaskakujące informacje i zaplanować zemstę. Tak! – zemstę! Resztki logiki wraz z okruszkami wiarygodności chwyciły się w ramiona i pogalopowały w stronę zachodzącego słońca, opuszczając ostatecznie nasz film. Bo mamy teraz uwierzyć, że nasz bezwzględny, cyborgowaty morderca, który do pory ani przez 5 sekund nie zaskoczył nas głębszą emocją, którego zachowanie nie wyrażało ani okruszka winy ani wątpliwości w słuszność swoich poczynań, którego cała postawa mówi „I don’t care. Fuck off.”, nagle, dowiedziawszy się, że lekko naciągnięto fakty, gdy mu zlecano zabicie Harry’ego, poczuł wyrzuty sumienia?! A przecież to nie jest tak, że zabił Harry’ego z dobroci swojego mechanicznego serca i przywiązania do Firmy, której interesów bezinteresownie bronił. Nie! Zabił Harry’ego ponieważ, ktoś inny chciał, żeby Harry był martwy. I ten ktoś zapłacił Bishopowi furmankę kasy za to, że tak się stało. A czy to, iż wydając takie zlecenie ciutkę nakłamał ma znaczenie? Czy Bishop do tej pory kwestionował słuszność zabijania któregokolwiek targetu? Nie! Hajs do wzięcia = kill, kill, kill. I spoko. Nie chciał brać zlecenia, mógł nie brać. Nie chciał, żeby Harry ginął? – mógł go faktycznie ostrzec. But he did what he did. A teraz niby czuje wyrzuty sumienia? Right.
Firma telepatycznie dowiaduje się, że Arthur już wie o tamtym małym kłamstewku. Telepatycznie również odczytuje jego zamiary, albowiem kiedy Steve wraca do domu Bishopa, tam już na niego czeka zasadzka. Na Bishopa zresztą też – po drodze do tego domu, ale on sobie lepiej poradził z niewpadnięciem w nią. Ale w końcu Bishop jest pro – Steve’a z kłopotów wyciąga telefonicznie. Wie przecież, że ten siedzi na kanapie, więc mówi mu, gdzie w kanapie jest schowana broń. Wobec czego Steve, nasz niedoświadczony Steve, wyjmuje broń (i mamy uwierzyć, że kilku o niebo bardziej doświadczonych od niego zabójców nie zauważa jak powoli i ostentacyjnie sięga wgłąb kanapy) i zabija jednego po drugim samemu nie doznając znacznego uszczerbku na zdrowiu.

Mamy jeszcze jedną kluczową scenę, której nikt się nie spodziewał – przed opuszczeniem domu Bishopa i udaniem się na krwawą zemstę, Steve znajduje w garażu broń swojego ojca. Tak, tę one of a kind, o której pisałam na początku wpisu. Po co Arthur ją zatrzymał i schował nieudolnie w garażu, na bogów srebrnego ekranu, nie wiem.

Kończmy z tym. Nasi bohaterowie znajdują Deana w jego bardzo pilnie strzeżonej kryjówce w bardzo wysokim wieżowcu. Wywabiają go z tej kryjówki podstępem, mamy chwilę pościgu i kaboom – Deana nie ma. Szybka akcja. Zaskakująco szybka i łatwa jak na meritum filmu, ale nie spodziewałam się na tym etapie już nic ciekawego.
Przed nami, jeszcze kilka ostatnich scen, w których twórcy traktują widzą jak idiotę. Dosłownie. Z jednej strony dają nam coś, co w zamierzeniu miało być twistem, ale z drugiej strony, kiedy ten twist ma nastąpić mówią nam ustami bohaterów: „Patrz! Patrz tu! Patrz, jak bardzo sygnalizuję ci, co zaraz zrobię. Czy już spodziewasz się tego, co się za chwilę stanie? Ale poczekaj. Powtórzę to jeszcze raz innymi słowami, żebyś na pewno nie poczuł się zaskoczony tym nagłym zwrotem akcji”. Facepalm. Facepalm. Facepalm.

Ja zdecydowanie nie uważam się za wymagającego widza. Oglądam w zasadzie wszystko (poza westernami, filmami wojennymi i większością horrorów). Nie przeszkadzają mi wielokrotnie powielane klisze (o ile są dobrze zrobione) i zdaję sobie sprawę, że każdy gatunek kieruje się swoimi prawami. Kiedy świadomie wybieram, że oto oglądać będę film akcji, naprawdę nie nastawiam się na intelektualny wysiłek. Zakładam, że będzie dużo biegania, strzelania, pościgów, wybuchów. Co więcej, dopóki film akcji jest sprzedawany jako film akcji (a tak było w przypadku „The Mechanic”), a nie na przykład „sensacyjny kryminał”, nie mam wygórowanych oczekiwań wobec osi fabularnej. Serio. Niezależnie natomiast od oglądanego gatunku oczekuje minimum spójności. I logiki. I to jest to, czego się w „The Mechanic” czepiam. Nie fabuły – z tej fabuły można by wyciągnąć naprawdę spoko film wg tego samego schematu, nie trzeba by nic zmieniać jeśli chodzi o kolejne punkty scenopisu – serio. Ale to co mi zgrzyta, to, co sprawiało, że średnio co 10 minut w środkowym momencie filmu pauzowałam i robiłam spektakularnego facetable’a (gdyż facepalm to za mało), to egzekucja tej fabuły, a przede wszystkim kreacja głównego bohatera. Dawno nie widziałam tak niewiarygodnie stworzonej postaci. Postaci, której introdukcja, stoi w zupełnej sprzeczności ze wszystkimi jej późniejszymi działaniami – działaniami, które są w żaden (albo wyjątkowo słaby) sposób umotywowane. Siedziałam, patrzyłam na Boskiego Jasona i zastanawiałam się, co tu się odpierala (pardon, my French)?! Ja wiem, że moje subiektywne zachwyty Jasonem są subiektywne, a obiektywnie nie jest to aktor najwyższych lotów. Ale jest aktorem gatunkowym. I grał właśnie postać z jak najbardziej swojej bajki. I widziałam już nie raz, jak gra ten typ postaci. I to działało. A tu nie działa. I nie sądzę, żeby to przeszarżowana interpretacja, nie sądzę, żeby Jason się zapędził w odbieraniu swojej postaci ekspresji. Zdecydowaniu coś zaszwankowało przy całościowej realizacji planu.
Może gdyby twórcy trochę zluzowali konwencję, wyglądałoby to lepiej. Dostajemy bowiem film poważny. W opozycji do aktualnych tendencji wrzucania pomiędzy sceny akcji comic reliefów i wyposażania bohaterów w trafnie cięty język, w „The Mechanic” brak humoru (jeden(!) zabawny tekst pojawia w końcowej rozmowie między Deanem a Arthurem), a główny bohater jest wybitnie małomówny. Niestety, jeżeli film jest poważny, to rozgarnięty widz, jest bardziej wrażliwy na wszystkie nieścisłości, jakie mogą się w nim pojawić. Trudniej jest dziełu robionemu na serio wybaczać wady. A główny bohater, w którego nie da się wczuć, którego działania przyprawiają o zgrzytanie zębów jest wadą. Co więcej, film się nie broni również tym, co powinno być w nim najlepsze – to jest scenami akcji. Poza naprawdę spoko początkiem, od mniej więcej 1/3 filmu nie ma fajerwerków. Sceny sensacyjne nie wzbudzają emocji. Żadnej akcji nie śledzimy z zapartym tchem. Nic nas nie zaskakuje. Brakuje w nich dynamiki. Jak na 92 minutowy film akcja płynie jednocześnie za wolno (tam, gdzie powinna być dynamiczna walka na przykład) oraz za szybko (nie mamy czasu poznać postaci, nie mają czasu wytworzyć się pomiędzy nimi głębsze relacje). Do tego mamy drewniane dialogi i niewykorzystany potencjał postaci i aktorów. Smutno. To mogło być dobre, barwne kino rozrywkowe. To mogło być dobre, emocjonujące kino sensacyjne. Mógł być dynamit, a jest marny kapiszon. Ja nie polecam.

* let’s cut the crap – w czym D. Sutherland nie był dobry?

Posted in Filmy | Tagged , , , | Leave a comment

Can I have a detention like this? Pretty please?

„The Breakfast Club” pojawiło się na radarze mojego zainteresowania jakiś czas temu, gdy nadrabiając Dawson’s Creek doszłam do odcinka 1×07 „Detention”, w którym bohaterowie wspominają, że czują się, jakby brali udział w tym właśnie filmie (incepcja!)*.
Sprawdziłam więc sobie spokojnie na stosownym serwisie, o czym mowa, zaznaczyłam oczkiem, że tak, oczywiście, kiedyś obejrzę i poszło w zapomnienie.
Ostatnio jednak nadrabiałam lekturę blogów poświęconych popkulturze (co przypomniało mi, że też miałam *cough**cough* aspiracje takiego bloga prowadzić) i uświadomiłam sobie, jak wiele moich ukochanym filmów pochodzi z lat 80 i w ogóle jaki to był fajny okres w kinematografii (i nie tylko. Od lat powtarzam, że dobra muzyka skończyła się w latach osiemdziesiątych).
Kiedy więc w chłodny wrześniowy wieczór wróciłam z temperaturą z pierwszego w tym semestrze zjazdu pomyślałam „kocyk, herbatka, ‚The Breakfast Club’ – sounds like a plan”. A kiedy w trakcie napisów początkowych zaczęło lecieć „Don’t You (Forget About Me)” by Simple Minds już wiedziałam, że polubimy się – ja i ten film.

Pomysł na fabułę jest prosty jak konstrukcja cepa:

„Piątka uczniów reprezentujących różne subkultury: dziwaczka Allison, mózgowiec Brian, kryminalista John, królowa piękności Claire i zapaśnik Andy jest zmuszona za karę spędzić ze sobą sobotni dzień. Na początku milczą, ale później z nudów zaczynają ze sobą rozmawiać i odkrywają, że ponad podziałami są do siebie podobni.”**

Od lewej: kryminalista, atleta, dziwaczka, królowa piękności i mózg.
Od lewej: kryminalista, atleta, dziwaczka, królowa piękności i mózg.

Nie brzmi zbyt porywająco? A jednak to jeden z najlepszych filmów z nurtu „for young adults„, jakie widziałam. Cała jego siła opiera się na prostocie, dobrych dialogach, wspaniałej grze aktorskiej, wiarygodnym aspekcie psychologicznym i cudownej muzyce.

(I J. Nelsonie. Tak bardzo.
OMG, jak ktoś mógłby mu się opierać dłużej niż 5 sekund?)
OMG, jak ktoś mógłby mu się opierać dłużej niż 5 sekund?)

Anyway, piątka w/w dzieciaków, które nie mają ze sobą absolutnie nie wspólnego i na korytarzach szkoły wzajemnie się ignorują, jest zmuszona spędzić ze sobą osiem godzin. Początkowo próbują konsekwentnie ignorować się dalej, ale nuda (i Bender!) im na to nie pozwala. Zaczynają w zasadzie od wzajemnego obrażania się i prowokowania. Nikt tu nikogo nie lubi. Ale już bardzo szybko (scena ze śrubką i drzwiami) widzimy, że potrafią sformować zgrany front przeciwko wspólnemu wrogowi. A potem godzina po godzinie tworzy się coś na kształt przyjaźni, takiej tylko, jaka potrafi powstać między młodymi ludźmi, którzy jeszcze nie zgorzknieli do reszty, ale już wiedzą, że świat nie jest miłym, puchatym i przyjaznym miejscem. I chociaż część ich problemów nam, tak bardzo już „dorosłym”, może wydawać się głupiutka, to przecież, jeśli się postaramy i sobie przypomnimy, zorientujemy się, że w naszych nastolęckich latach byliśmy one of them i przynajmniej jedna historia, jaką słyszymy z ich ust, mogłaby być opowiedziana przez nas. W catharsistycznej (Yeah, I know it’s not really a word) scenie, gdy każdy się przyznaje, za co dostał detention*** prawie że płakałam razem z nimi. A kiedy Brian pyta się „What will happen to us after today?”, „Will we still be friends on Monday?” rozpadłam się na małe kawałeczki, tak przejmująco smutna jest ta scena.

Ale nie wiemy, co się stało z nimi on Monday. Detention się kończy, kończy się film. Z pięknym, pozytywnym przesłaniem, że nieważne, jak różni byśmy nie byli, każdy z nas jest trochę taki sam. Każdy jest kryminalistą, atletą, mózgowcem, dziwaczką i prom queen. I nieważne, jak kijowo dzieje się w naszych rodzinach, mamy przyjaciół, którym możemy bez wstydu wypłakać się w ramię i oni nas zrozumieją, bo u nich przecież jest podobnie.
To przesłanie jest nadal aktualne. Tak samo jak cały film. Mogły się zmienić stroje i fryzury, które nosimy, możemy słuchać innej muzyki, ale problemy poruszane w filmie nie zdezaktualizują się jeszcze długo.

* Teraz po obejrzeniu obu, oczywiście już widzę, że cały odcinek to niezbyt urozmaicony retelling, zamierzony tribute albo bezczelny rip-off (podejrzewam to drugie, ale I’m not so much into Dawson’s Creek, żeby wyszukiwać info o intencjach twórców odcinka sprzed wielu, wielu lat).
** quoting Filmweb.pl
*** W polskim szkolnictwie nie funkcjonuje coś takiego jak detention****, dlatego z uporem używam angielskiego słowa. Owszem, można by przetłumaczyć na „szlaban”, ale jak to tak? – Szlaban narzucony przez szkołę? „Kara zatrzymania po lekcjach” brzmi niepotrzebnie rozwlekle. Detention it is!
**** BTW, uważam, że gdyby funkcjonowało, nasze szkolnictwo tylko by na tym zyskało.
***** Jedyne, co mi się nie podobało w TBC, to wymuszona przez Molly przemiana Allison. W filmie który mówi, że jesteśmy różni, ale tacy sami i możemy nawiązywać ze sobą głębokie relacje pomimo róznic, bohaterka nie powinna odrzucać swojego quirkiness po to, żeby się komuś przypodobać.

Before and after the makeover. Honestly, I do not approve!
Before and after the makeover. Honestly, I do not approve!

****** Fun fact: Judd Nelson (Bender) wiele lat później sam zagrał dyrektora szkoły, w której dzieciaki dostają ośmiogodzinny sobotni detention („Bad Kids Go to Hell” – Sześcioro studentów college’u odbywa karę w szkolnej bibliotece. Osiem godzin, które mają przed sobą, nie tylko zepsuje im sobotni nastrój, ale okaże się śmiertelnie niebezpieczne… Brzmi jak coś, co zdecydowanie muszę obejrzeć!)

Posted in Filmy | Leave a comment

Polskie kino rozkwita. Serio serio.

Jak widać na załączonym obrazku, ni diabła nie mogę zebrać się w sobie, co by przysiąść i napisać o którymkolwiek z kilkudziesięciu tytułów, z którymi miałam styczność w tak zwanym międzyczasie.

Solenną poprawę już kiedyś obiecywałam i na obiecywaniu się skończyło, więc tym razem obiecywać nic nie będę, natomiast podzielę się na świeżo wrażeniami z dzisiejszonocnego ENEMEFA.
Na wstępie chciałam dokonać Wstydliwego Wyznania. Mianowicie, jestem wielką, oddaną, zaprzysiężoną fanką polskiej kinematografii. I tak, zdaję sobie sprawę, że w Polsce rzadko kiedy robi się filmy Dobre, jednak absolutnie mi to w fanowaniu nie przeszkadza. Podobne (acz nieco mniej żywiołowe) odczucia mam względem polskiej muzyki. I niech nikt nie pyta, z czego to się bierze, bo nie wiem, chociaż spędziłam długie godziny rozmyślając nad tematem. A warto by zaznaczyć, że w żadnej innej dziedzinie życia patriotyzmu nie przejawiam ani ciut ciut.

A dlaczego o tym teraz wspominam? Otóż, ENEMEF na który się dzisiaj (wczoraj?) wybrałam, był właśnie maratonem kina polskiego.Wyświetlane były: „Chrzest”, „Essential Killing”, „Różyczka” oraz „Wszystko co kocham” w takiej właśnie kolejności.
Od razu po znalezieniu sali i przeczytaniu jak owa kolejność wygląda, zdenerwowałam się lekko. Dwa ostatnie filmy chciałam zobaczyć straszliwie, „Chrzest” również zapowiadał się interesująco, natomiast do „Essential Killing” nie ciągnęło mnie wcale. W głosowaniu na stronie internetowej wytypowałam kolejność: „Wszystko co kocham”, „Różyczka”, „Chrzest” i na końcu „Essential Killing”. Po wyjściu z kina stwierdziłam, że może Wszechświat wyjątkowo miau rację nie stosując się do moich życzeń…

Odsona pierwsza czyli „Chrzest”

Nie widziawszy „Mojej krwi” – debiutu reżysera Wrony – nie bardzo wiedziałam, jakiego rodzaju filmu należy się spodziewać, aczkolwiek klasyfikacja „dramat obyczajowy” oraz streszczenia filmu brzmiały zachęcająco.

Po obejrzeniu filmu stwierdzam, że streszczenia roją się od błędów, ale musimy przymknąć na to oko.

Fabuła filmu jest zasadniczo prosta. Trochę lekkomyślny cwaniaczek Janek, nie bardzo mający cel w życiu, właśnie wyszedł z wojska i przyjeżdża do swojego najlepszego funfla z młodości – Michała. Ku zaskoczeniu Janka w życiu Michała wiele się zmieniło: ma teraz żonę, właśnie mu się syn urodził, prowadzi bardzo dochodowy, uczciwy biznes. Michał, z pozoru szczęśliwy, skrywa jednak mroczny sekret: kiedyś z Jankiem pracowali dla gangstera Grubego. Michał został schwytany przez policję i sypnął bandziorów (ale swojego przyjaciela Janka oczywiście oszczędził), a teraz Gruby go odnalazł i pała żądzą zemsty. Udało im się jednak dogadać – dopóki Michał mu płaci 10 000 zł dziennie, żyje następną dobą. Jest tylko jeden mały problem – pieniądze mu się kończą, a musi przeżyć do końca tygodnia, bowiem w niedzielę odbędzie się chrzest małego Adasia (na którego chrzestnego rzecz jasna został wybrany Janek).

Film jednak nie jest o rozpaczliwej próbie ocalenia własnego życia, tylko o… męskiej przyjaźni, braterstwie. Michał bowiem postanowił, że uczyni Janka swoim, że się tak wyrażę, spadkobiercą. Założył, że dożyje do chrztu, a następnie, nie mając już czym płacić, poświęci swoje życie, a Janek zajmie jego miejsce w rodzinie – zaopiekuje się jego żoną, a Adasia wychowa jak własnego syna. Michał nie przewidział tylko, że Jankowi nie spieszno wcale do pooukładanego i stabilnego życia rodzinnego, że bardziej go kręci gruba kasa, jaką może trzepać jako jeden z goryli Grubego…


[UWAGA, MAJOR SPOILER ALERT]

Film jest zdecydowanie dobry. Od pierwszych scen trzyma widza w dziwnym napięciu, które niewątpliwie może niektórych zmęczyć, ja jednak odbieram je jako zaletę. Również konstrukcja prezentuje się zgrabnie. Klamrą jest woda i życie. W pierwszych scenach jeden z bohaterów ratuje drugiego przed utonięciem. W ostatniej jeden drugiego topi.

[KONIEC ALERTU]

Do tego fabuła pomiędzy klamrami jest zgrabnie podzielona na siedem dni tygodnia, w których akcja toczy się wartko, bez niepotrzebnych dłużyzn, ale też nie ma przesytu akcji i informacji. Widz nie ma problemu z nadążaniem.

Bohaterowie są skonstruowani całkiem realistycznie. Widz łatwo może uwierzyć, że są prawdziwi (film zresztą powstał w oparciu o autentyczne wydarzenia, tako przynajmniej rzeczą napisy początkowe), aczkolwiek gra aktorska pozostawia trochę do życzenia. Moim zdaniem cała trójka (główni bohaterowie plus Magda, żona Michała) są z deka…drewniani. Z drugiej strony profesjonalni recenzencji zachwycali się grą Wojtka Zielińskiego (Michała), więc może to ja się nie znam…

Podsumowując, pozwolę sobie przytoczyć wypowiedź moich sąsiadów z kin:

„No bo wiem, spójrzmy prawdzie w oczy. W Polsce robi się trzy rodzaje filmów:

  • Przesłodzone, kiczowate, nierealistyczne komedie romantyczne
  • Wielkie dzieła martyrologiczne, względne ekranizacje lektur
  • Szare, brutalne, przygnębiające filmy o życiu. I do tej właśnie kategorii zalicza się ten film.”

Trudno mi się nie zgodzić zarówno z ogólnym podziałem, jak i klasyfikacją „Chrztu”, jednak od siebie chciałam dodać, że to wcale nie jest źle, że „Chrzest” należy do tej katergorii, bo niewątpliwie takie filmy Polakom naprawdę dobrze wychodzą (na przykład rewelacyjne „Zero). A że przygnębiają? That’s the point… A jeśli ktoś się nie lubi przygnębiać w kinie niech idzie na przykład na „Sex and the City 2″.

Odsłona druga „Essential Killing”

Odkąd zobaczyłam plakaty i przeczytałam opis filmu, miałam dziwne wrażenie, że to raczej nie jest film dla mnie. Znam się nie od dziś i okazało się, że mam rację. Najnowsze dzieło Skolimowskiego i ja rozumiemy się jak sowa i pralka.

Przyznam szczerze, że tylko to iż był wyświetlany jako drugi sprawiło, że w ogóle byłam w stanie go obejrzeć. Gdyby wyświetlali go trochę później zasnęłabym jak dziecko już w trakcie pierwszych trzydziestu minut.

Najchętniej w ogóle bym o nim nie pisała, bo wydaje mi się, że to nie jest zły film, tylko ja nie bardzo jestem w stanie wymyślić, co dobrego mogłabym rzec…

Fabułę można streścić krótko: „Zabili go i uciekł. A potem w końcu jeszcze raz go zabili.”. Przekaz filmu: człowiek zrobi wszystko, żeby przeżyć. Ani to sczególnie odkrywcze, ani pokazane w jakiś wybitny, innowatorski sposób… No ja jestem na nie… po prostu.

Pocieszać mnie może jedynie fakt, że większość publiczności nie rozumiała się z filmem jeszcze bardziej. Bo jak wyjaśnić fakt, że 90% widzów śmiało się, kiedy kobieta z dzieckiem wypierdoliła się na rowerze i główny bohater ją napadł?

Odsłona trzecia „Różczyka”.

Jest już grubo po 2 nad ranem. Oba poprzednie filmy, abstrahując od mojej ich oceny na innych płaszczyznach, były mocno męczące. Dodając sobie energii M&M’sami i Coca Colą light, lekko zaniepokojona zasiadam do trzeciego filmu. A jak się okaże nie tak dobry, jak mi mówiono? Jeśli również będzie ciężki i przygnębiający? Bo doprawdy, jeszcze półtorej godziny przygnębiania i ucieknę z Kinoteki przed ostatnim obrazem.

Szczęśliwie, nic takiego nie miało miejsca. „Różyczka” jest piękna ( i nie mam tu na myśli urody Magdaleny Boczarskiej)! Jest też wprawdzie smutna, ale nie przygnębia na siłę, nie męczy.

Fabuła przedstawia się następująco: Kamila pracuje jako maszynistka w sekretariacie UW i ma kochanka (wręcz narzeczonego) Roberta, który jest absolutnie zafiksowany na jej punkcie. Kamila jednak nie wie, że jej ukochany wcale nie pracuje w handlu zagranicznym, tak jak utrzymuje, tylko jest funckjonariuszem SB, który dostaje misję zdemaskowania znanego pisarza, przy okazji profesora UW, podejrzanego o szerzenie syjonistycznych treści. Przełożony Roberta oczekuje, że ten wykorzysta w tym celu swoją narzeczoną.

Kamila przyjmuje pseudonm „Różyczka” i zostaje tajnym współpracownikiem służb bezpieczeństwa. W trakcie „prowadzenia inwigilacji” naprawdę zakochuje się w „obswerwowanym obiekcie”, co doprowadza jej do-niedawna-narzeczonego do dzikiej furii.

Wyjątkowo nie będę spoilerować zakrętów akcji ani zakończenia, które niewątpliwie jest przewidywalne, mimo to widz pomimo narastającego uczucia, że zbliża się nieuchronne nieszczęście, wciąż ma nadzieję na happy end.

Będę natomiast bić brawo: wszystko w tym film jest bliskie doskonałości: przemyślnie skonstruowana fabuła, aktorzy, przepiękna muzyka Lorenca, czarno białe historyczne zdjęcia przeplatające się z kolorowym filmem, zaplecze psychologiczne postaci (cała historia jest zresztą zainspirowana historią Pawła Jasiennicy)… Kidawa-Błoński przy współpracy sztabu specjalistów stworzył coś, co moim zdaniem zasługuje na miano arcydzieła.

Odsłona czwarta i ostania „Wszystko co kocham”.

Ostatni film, na który czekałam z niecierpliwością (oraz bardzo ciężkimi powiekami), „Wszystko co kocham” okazał się, co tu dużo mówić, wszystkim co pokochałam. Z miejsca, od kilku pierwszych ujęć film przekonał mnie do siebie bez reszty.

I to nie tylko dlatego, że główni bohaterowie to czworo młodych, pięknych muzyków (sic!), którzy całkiem intensywnie epatują nagością.

„Wszystko co kocham” przekonało mnie do siebie, bo jest… prawdziwe. Bohaterowie filmu, ich przekonania, problemy, pragnienie wolności… wszystko to znam z autopsji i nie musiałam przeżywać młodości w burzliwych latach osiemdziesiątych, żeby rozumieć co jest grane.

W ogromnym skrócie można by powiedzieć, że film opowiada o nastolatkach, którzy chcą za pomocą swojej punkowej muzyki walczyć z systemem. Za swój bunt muszą oczywiście zapłacić (na przykład wpakowaniem ojca wojskowego w kłopoty w pracy). Oprócz przygody z muzyką przeżywają także pierwsze doświadczenia z miłością, seksem, papierosami, alkoholem… no jak to nastolatkowie.

Czytałam wcześniej, że zarzucano filmowi zbytnią płytkość, zbytnie upraszczanie realiów. Fakt, trzeba przyznać, że film jest prosty i lekki w odbiorze, ale wcale nie uważam tego za wadę. Przypuszczam, że dzięki temu trafi do większej rzeszy odbiorców, nie tracąc na autentyczności. Jego przesłanie wcale nie zostało umniejszone, a, bądźmy szczerzy – w około 100 minutach (tyle uśredniając ma przeciętny film) trudno jest zawrzeć każdy mały detalik, każdy psychologiczny aspekcik, etc., nie spowalniając przy tym zbytnio fabuły i nie męcząc widza. Bo, wbrew pozorom, widz to jest często inteligentny człowiek i jest w stanie sobie sam wiele dopowiedzieć.

Ja po obejrzeniu „WCK” poczułam wdzięczność do tego pokolenia. Bo m.in. Dzięki takim zespołom, dzięki takiemu nastawieniu dziś mogę słuchać jakiej mi się tylko zapragnie muzyki od the Rolling Stones po Lady GaGę (czysta egzemplifikacja).

Zostawiając aspekty fabularne*, film jest dobrze zrobiony, sprawnie, zdjęcia są ładne i gra aktorska (aktorów praktycznie debiutantów) jest na wysokim poziomie. Oglądanie koncertu w szkole sprawiło, że sama miałam ochotę wstać z fotela i skakać (a było już po 5 rano). Z żalem myslałam o tym, kiedy ostatni raz wstałam z mojego wygodnego fotela sprzed monitora i poszłam na przyzwoity punkowy/rockowy koncert…

Tak wiem, że moja wypowiedź na temat „WCK” jest najbardziej nieskładna ze wszystkich, ale chyba tak właśnie mam – w momencie, gdy piszę o czymś, co mnie autentycznie emocjonuje, słowa mi się plączą.

Anyway, film się skończył i wprawił mnie w taki lekki, optymistyczny nastrój. Dlatego m. in. cieszę się, że kolejność wyświetlania była taka a nie inna, bo gdybym obejrzała go na początku, a potem spotkałabym się z filmamy „ciężkimi”, efekt „nieznośnej lekkości butów” by przepadł.

Podsumowując ENEMEFA, nikomu nie dam powiedzieć, że w Polsce dobrych filmów się nie robi. Zbyt wiele da się przytoczyć dobrze zrobionych, dobrze zagranych, inteligentnych obrazów. Miejmy nadzieję, że powstanie ich jeszcze więcej. Na pohybel cukierkowym, kiczowatym, komediom romantycznym i tysięcznym odcinkom „Klanu”!

* BTW, zagadnienie fabularne, które mnie nurtuje: czy Sokołowska przeleciała Janka, czy tylko mu zrobiła loda?** #hide. Tak wiem, że zastanawianie się nad tym jest bardzo nieprofesjonalne i m.in. Właśnie dlatego nie nazywam tego co tu wypisuję „Recenzjami”

** Aaaa! Przy okazji chciałabym zwrócić uwagę na już dawno zaobserwowany fakt, że wreszcie w polskim filmie pojawiają się sceny erotyczne z prawdziwego zdarzenia. Już nie dwie kołyszące się głowy spod kołderki ani artystyczny najazd na świecę. Hip hip hurra!!!

Posted in Filmy | Tagged , , , , , , , , , | Leave a comment

Sherlock-Fuckin’-Holmes.

Założyłam niniejszego bloga, napisałam jedną notkę, po czym zamilkłam na długie tygodnie. Jakiż to typowy dla mnie słomiany zapał – przyznaję ze wstydem. Niemniej, karygodnym zaniedbaniom należy powiedzieć kategoryczne „nie!” i zacząć w końcu coś pisać.

W związku z powyższym pochwalę się, że dzięki uprzejmości swojej drogiej firmy, zaliczyłam przedpremierowy pokaz „Sherlocka Holmesa” w reżyserii Guy’a Ritchie’ego.* Na początek chciałam powiedzieć, że od kiedy po raz pierwszy przeczytałam na filwmebie, iż rzeczony film ujrzy światło dziennie nie mogłam się momentu premiery doczekać, a w związku z ową targały mną emocje strasze. Po pierwsze jestem wielkim fanem detektywa z Baker Street i sama myśl, że „Holmes! Holmes!” sprawiała, że moje serce zaczynało bić niebezpiecznie szybko. Po drugie jestem przeogromnym fanem reżyserii pana Ritchie od czasu gdy obejrzałam (w trzech ratach**) „Przekręt”. Fanostwo utrwaliło się, gdy pożyczył sobie „Porachunki” i od tamtej pory karierę Ritchie’ego staram się śledzić („Rock’n'Rolli” niestety nie zdążyłam jeszcze obejrzeć, aczkolwiek mój znajomy, któremu gustowi jestem gotowa zawierzyć, mówi, że jest równie rewelacyjna). Co natomiast wzbudzilo we mnie (i z tego, co wiem, to nie tylko we mnie) ambiwalentne uczucia to połączenie owych dwóch uwielbianych elementów.
Teraz, gdy film faktycznie obejrzałam, może stwierdzić, że ambiwalencja była uzasadniona. Co więcej, nadal się urzymuje.
Muszę przyznać, że od pierwszych scen oceniałam film w dwóch kategoriach: jako i film oraz jako konfrontację z moimi wyobrażeniami o Sherlocku Holmesie. Wnioski są następujące. Jako film zamierzam ów obraz wychwalać pod stratosferę co najmniej, jako że zawiera wszystko, czego należy oczekiwać po filmie przygodowym w reżyserii Ritchiego: mamy widowiskowe sceny, dużą ilość Ritchie’owskiego czarnego humoru, wyraziste charaktery oraz akcję, akcję i jeszcze raz nieustającą akcję. Dodajmy do tego znakomitą grę aktorską zarówno naszych dzielnych detektywów (wspaniale zgrany duet Jude Law-Robert Downey Jr.**, którego prywatne doświadczenia niewątpliwie pomogły oddać poszarpaną osobowość Holmesa), jak i czarnego charakteru (złowieszczy Mark Strong), cięte riposty i pojedyncze sceny, które należy uznać za perełki.***
Czego mi zabrakło, to, po pierwsze, prawdziwa intryga, pewien element tajemnicy, sekretu,prawdziwa zagadka, którą należy wyjaśnić. Zdaję sobie sprawę, że kryminały Conan’a Doyle’a nie miewały tej typowo Christe’owskiej konstrukcji zbrodnia-podejrzani-przesłuchania-mylne tropy-kolejna zbrodnia-wielka kulminacyjna scena rozwiązania w wykonaniu Poirot’a***, mimo to as far as I can recall nigdy nie brakowało aury tajemnicy i suspensu. W przypadku filmu Ritchie’ego fabuła per se była przewidywalna wręcz do granic przyzwoistości. Tell me, czy ktoś naprawdę poczuł się zaskoczony, gdy Człowiekiem Z Powozu okazał się Moriarty? Please, give me a break! Ponadto, nie podobało mi się wplątanie w to wszystko Irene Adler, a przynajmniej wplątanie w takiej formie. Ze wstydem przyznaję, że aczkolwiek posiadam holmes’owskie powieści w domu, to oprócz dosłownie kilku opowiadań nie zdążył się jeszcze z nimi w pełni zapoznać, przez co nie znam w pełni holmes’owskiego kanonu. Mimo to (głównie dzięki oglądaniu serii z Brettem) mam wrażenie, że relacje Holmes-Adler były dużo mniej romantyczne i zdecydowanie mniej oczywiste. Co więcej, mam śmieszną teorię, że Adler do filmu została wklejona wręcz na siłę, no bo przecież żadna Wielce Spektakularna Produkcja nie może się odbyć bez kobiecego charakteru, podnoszącego walory estetyczne filmu****. Podsumowywując wątek Holmes-Adler był dla mnie rodzajem przeszkadzajki w odbiorze obrazu*****. Ostatnim moim zarzutem wobec produkcji jest opuszczenie klimatu wiktoriańskiej Anglii. Przeczytałam w którejś z profesjonalnych recenzji, iż ogromnym atutem filmu jest uwspółcześnienie i odstawienie wizerunku Holmesa jako flegmatycznego dżentlemena do mauzoleum i o ile z tym drugim zgadza się absolutnie, gdyż Holmes był niezwrównoważonym ekscentrykiem, to z tym pierwszym nie. Background jest ważny. Nie można robić filmu, twierdzić, że akcja dzieje się w [tu wstaw dowolne czasy], a potem kompletnie zaprzeczpaścić owych czasów klimat. To pozostawia grotestkowe wrażenie. A przynajmniej pozostwiło we mnie.
Mimo tych wszystkich zarzutów film gorąco polecam. Pr zede wszystkim jako znakomitą rozrywkę. W końcu nie wszyscy są zatwardziałymi sherlockistami/holmesistami******(Ja zresztą też nie jestem, a przynajmniej nie dopóki w końcu nie zabierę się na poważnie za twórczość Doyle’a). Na koniec wyrażę tylko nadzieję że nie słuszne okażą się przepowiednie moich koleżanek z pracy, które przewidują milione sequele, na co, niestety, biorąc pod uwagę dość otwarte zakończenie, się zapowiada. Wyrażam taką nadzieję nie dlatego, że pierwszy obraz był zły, ale… zresztą sami powiedzcie: ile znacie naprawdę udanych sequeli?

* A raczej mógłabym się pochwalić, gdyby napisałam powyższą notkę bezpośrednio po powrocie z pokazu, a nie tydzień po oficjalnej premierze filmu

** Aczkolwiek delikatnie oponuję przeciwko różnicy wzrostu na korzyść Watsona…

*** Sceny w sypialni Adler, uwaga spoiler, OK? Pokojówka wchodząca rano do pokoju znajduje Holmesa nagiego i przywiązanego do łóżka. Wizualizacja teraz natychmiast już: drzwi się otwierają, najazd kamerą na łóżko i następujący widok Holmes (wyglądający jak Robert Downey Jr.). Nagi. Związany. Uśmiechający zarazem niezręcznie jak i rozbrajająco. Już? Zwizualizowano? Krew zaczęła szybciej krążyć? Ślinka cieknąć? No teraz kontynuwacja. Pokójka krzyczy i ucieka. Do you get this? Jaka kobieta by uciekła gdyby weszła do pokoju i znalazła Roberta Downeya Jr. przygotowanego jak najpiękniejszy świąteczny prezent? ARGH!

(tak, chyba lekko zapędziłam się w dygresję ^^’)

**** Aczkolwiek chciałam powiedzieć, że wcale nie uważam jakoby Rachel McAdams podniosła walory estetyczne filmu. Wręcz przeciwnie, uważam, że była wyjątkowo nijaka.
(A wszak wszyscy wiedzą, że niejako jestem koneserem kobiecym wdzieków *Tutaj miejsce na wzdychanie do niekwestionowanych wdzięków Pięknej Heleny (Bohnan-Carter)*)

***** Tak, wiem, że gdyby nie Adler nie byłoby w/w sceny z pokojówką i nagim, związanym Holmesem *miejsce na intensywny drooling*

****** Znam zresztą jedną holmesistkę, która klęła na film przed jego ukazaniem się, a teraz słowa swoje odszczekuje.

Posted in Filmy | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Liżąc ostrze, śliniąc się z zachwytu.

Będąc z przyrodzenia wielkim miłośnikiem słowa pisanego oraz ruchomych obrazów, mam jeden zasadniczy problem. Mianowicie, odczuwam instynktowną, dziką niechęć do wszystkiego, co mainstreamowe. Im bardziej coś jest popularne wśród społeczeństwa, tym bardziej pragnę trzymać się od tego z daleka. Najprawdopodobniej wynika to z moich poglądów na społeczeństwo i jego gusta. Tylko że czasem zapominam, że moi bliscy znajomi, pomimo tego, że częścią społeczeństwa jako żywo pozostają, to intelektualnie odbiegają od średniej i ich gustom można by czasem zaufać…
Przyznaję, że z powodu swojego przekonania, iż jak społeczeństwo coś zachwala, to musi być do d…, nie mam styczności z, zapewne, wieloma wspaniałymi dziełami*, a z kilkoma innymi zetknęłam się długo po tym jak były na fali (na przykład z Sagą Inkwizytorką Piekary, po tym jak przeczytałam coś zupełnie innego owego autora), mimo to instynkta zawsze biorą nade mną górę.
Tak, też było z Ćwiekiem. Tudzież, doprecyzujmy, z „Kłamcą”. „Kłamcą” byłam atakowana przez prawie że rok ze strony prawie że wszystkich swoich znajomych do tego stopnia, iż niemalże nabrałam przekonania, że na świecie nie istnieje już żadna inna książka. Wszyscy powtarzali „Przeczytaj! Przeczytaj!”, wobec czego a, oczywiście, szłam w zaparte i na książkę nawet nie spojrzałam. Znajomi się w końcu uspokoili, ale wtedy zadziałał Wszechświat.
Na Polcon 2009 do Łodzi pojechałam świadomie i nawet z własnej woli. Natomiast na konkursie Kingowskim wylądowałam niejako z przypadku. Konkurs prowadziło dwoje bardzo sympatycznych ludzi, do których poczułam instynktowną sympatię… Dopiero po zakończonym konkursie, kiedy przeglądałsm program w poszukiwaniu dalszych atrakcji, mimochodem rzuciłam okiem na nazwiska prowadzących. „Jakub Ćwiek… Ćwiek? That name surely rings a bell…”. Z czystej ciekawości polazłam dnia bodajże następnego na spotkanie autorskie, a potem na prelekcję prowadzoną przez w/w i następną oraz na następną, a po powrocie do Warszawy i pracy z obłędem w oczach poleciałam szukać tak uparcie niegdyś polecanego mi „Kłamcy”. Lekturę pochłonęłam w jeden wieczór, zapałałam uwielbieniem, po czym szlag mnie trafił, gdy się okazało, że nakład kolejnych tomów się praktycznie wyczerpał i aktualnie nikt nie jest w
stanie ich dla mnie sprowadzić, łącznie z Solarisem.

Jednakże teraz wcale nie o „Kłamcy” zamierzałam pisać, tylko o powieści pt.: „Liżąc ostrze”, której to posiadaczem stałam się w wyniku idiotycznych perturbacji na Falkonie ** i własnego zaćmienia umysłowego ***. Przyznaję się ze wstydem, iż pomimo żywego uczucia do „Kłamcy”, twórczości, że tak ujmijmy, pełnowymiarowej pana Ćwieka się obawiałam, gdyż zbyt często spotykałam się z autorami, których opowiadaniami się zachwycałam, a których powieści absolutnie nie przypadły mi do gustu. Tym razem jednak moje obawy były absolutnie bezpodstawne, co stwierdziłam już po przeczytaniu pierwszej strony.
Skomentujmy to w sposób oklepany: „Zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie.”. Mamy głównego bohatera, Kacpra Drelicha – cierpiącego na amnezję (na pierwszy rzut oka banalne) policjanta, schwytanego przez przestępcę podczas nieudanej obławy. Szczęśliwie, udaje mu się uwolnić, zabić oprawcę i uciec. Od tej pory zaczyna mieć makabryczne wizje, a w snach przewiduje śmierć bliskich mu ludzi. Na dodatek po fabule pląta się okrutny ożywieniec w masce Satyra.
Na dzień dobry chciałabym zachwalić sam sposób napisania książki, który sprawia, że pochłania się ją praktycznie na raz. Akcja właściwie nie ustaje, człowiek (a przynajmniej Kot) przeczytawszy pierwszy rozdział z (metaforycznymi) wypiekami na twarzy, nie spocznie dopóki nie przebrzmi ostatnie zdanie. Całość napisana łatwo przyswajalnym językiem (nie mylić z językiem prostym), adekwatnym do opisanych sytuacji. A i tu należy skłonić się przed autorem, którego opisy scen makabrycznych, krwawych zbrodni, pobudzają wyobraźnię, powodując niemiłe ściskanie w żołądku, a jednocześnie pozbawione są drastyczności, która sprawiłaby, że czytający natychmiast porzuciłby książkę, na rzecz sprintu do łazienki celem zwrócenia zawartości żołądka **** Również napięcie, które autor stwarza, utrzymuje się jeszcze przez moment po odłożeniu lektury, czego doświadczyłam, wracając do domu od przystanku tramwajowego zaciemnioną uliczką z duszą na ramieniu. Do tego doliczmy urocze, minimalnie dozowane wstawki czarnego humoru.
Co do samej fabuły, której nie będziemy w tym miejscu zdradzać, również pokłon przed mistrzem złożyć trzeba. Mniej więcej w połowie lektury, uznałam, że tak właściwie to już wszystko wie, rozumie, rozkminił sobie i poskładał do kupy. Trochę się nawet mi przykro zrobiło, bo w lekturze nie lubię przewidywalności *****, a tu przez moment zdecydowanie podążałam tokiem myśli autora… do momentu, kiedy zasadnicza niewiadoma nie została ujawniona. Przeczytawszy eksplikujący fragment, zamrugałam oczkami, popatrzyłam na książkę, jakbym ją pierwszy raz w życiu na oczy widziała i dopiero po chwili byłam w stanie kontynuować czytanie. Dodajmy jeszcze do tego wspaniale przewrotne zakończenie, które zostawia nam kilka pytań bez odpowiedzi i powiedzmy głośno: „WOW!”.

Pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto lubi opowieści z pogranicza fantastyki, kryminału i horroru.

* Z drugiej strony, dzięki takiemu podejściu, omija nie wiele strasznych szmir w stylu „Zmierzchu” (o którym może kiedyś się zechce mi się napisać, skoro już masochistycznie przebrnęłam przez całą sagę)

** O których szerzej napiszemy gdzie indziej

*** Co tylko dowodzi, że nic nie dzieje się bez celu, nawet przypadki (chwilowego) skrajnego idiotyzmu

**** Niestety należę do ludzi obdarzonych potwornie plastyczną wyobraźnią. Właśnie z powodu zbyt detalicznych opisów, które natychmiast wizualizowały się w mojej głowie, w którymś momencie swojego życia zrezygnowałam z czytania Kinga.

***** Zaznaczamy dobitnie iż w literaturze, gdyż w dziełach filmowych przewidywalność czasem potrafi być dlamnie atutem, a przynamniej wspomóc dobrą zabawę przy oglądani

Posted in Książki | Tagged , , , | Leave a comment

Dzieci Ireny Sendlerowej

Dzięki uprzejmości Amy i Kniazia, wybrałam się do kina na „Dzieci Ireny Sandlerowej”. Otwarcie przyznaję, że gdyby nie darmowe wejściówki to filmu zapewne nie obejrzałabym nigdy, gdyż ponieważ albowiem w tematyce przedstawionej w filmie nie gustuję. Niegustowanie nie przeszkodziło mi za wczasu zapoznać się z opisem filmu (w końcu wiedzę branżową trzeba uzupełniać na bieżąco) i wyrobić sobie (chociażby podświadomie) jakieś oczekiwania wobec niego.
Po wyjściu z kina poczułam się rozczarowana. Rozczarowało mnie lekkie ujęcie tematu i ogólna płytkość filmu. Zdaję sobie sprawę, że film kręcony był w oparciu o fakty, w związku z czym swoisty happy end jest uzasadniony i tego czepiać się nie zamierzam. Zamierzam za to przyczepić się braku napięcia, dramaturgii i autentyczności w pozostałych 90% filmu. Film został nakręcony w sposób, który sprawia, że opisane wydarzenia wydają się być strasznie odległe i nierzeczywiste. Ot, taka sobie historyjka.
Do ogólnego negatywnego wrażenia niewątpliwie przyczyniła się Anna Paquin w roli tytułowej, której gra była przez większość czasu pozbawiona wyrazu, głębokich emocji i zwyczajnie mdła.
Filmu zdecydowanie nie polecam i serdecznie współczuję wszystkim uczniom, którzy zostaną wygnani na przymusowe oglądanie patriotycznego dzieła przez swoje szkoły.

Posted in Filmy | Tagged , , , , , | Leave a comment